Dlaczego pomagam ludziom wydobyć się z plątaniny problemów?
Bo sama byłam w tym miejscu. Mam szereg różnych diagnoz, o których piszę w różnych artykułach. Pochodzę z rodziny, w której raz na obiad były krewetki lub deska serów pleśniowych, a innym razem obiadu w ogóle nie było – tak zmienna była sytuacja finansowa. Moja matka była potworem, zanim jeszcze uzależniła się od alkoholu (bardzo przypomina tę z Koraliny), a ojciec niezbyt się tym wszystkim przejmował, bo jest genialnym rzeźbiarzem i obchodzi go głównie sztuka. Zawaliłam studia w 10 (!) semestrze, mimo że wcześniej sobie doskonale radziłam. Wchodziłam w niesamowicie toksyczne relacje, nie raz doświadczałam przemocy seksualnej. Wielu ludzi okazywało się mnie lubić tylko wtedy, kiedy mogli mnie wykorzystywać, a gdy zaczęłam stawiać granice – obrazili się. Moim oparciem w życiu zawsze były koty, dodatkowo rozkręcałam biznes jako catsitterka – no to dostałam na koty alergii tak silnej, że zagrażającej życiu.
Mogłabym usiąść i płakać. Że wszystko przez to i tamto. Obwiniać o swoje problemy swoją rodzinę, późno zdiagnozowany autyzm, fibromialgię itp. Albo bezduszny system, w którym dominują patriarchat i kapitalizm. Zakładać najczarniejsze scenariusze swojej przyszłości. Opowiadać, jak to ludziom bez przywilejów wiatr zawsze wieje prosto w oczy.
Tylko że to nie jestem ja. Ja robię reset i zaczynam od nowa. Nie definiuje mnie to, co mi się przydarzało. Definiuje mnie to, co z tym zrobiłam – i czego się przy okazji nauczyłam na swój temat. Czyli że zawsze sobie poradzę, ze wszystkim.
Tego samego chcę nauczyć innych, bo wkurza mnie, że ludzie z potencjałem cierpią, są zagubieni, nie wierzą w swoją sprawczość i zamiast zacząć ogarniać swoje życie, poprzestają na braniu leków po to, żeby łagodzić objawy cierpienia, które to życie w nich powoduje. Albo chodzą na terapię już piąty rok, doskonale rozumieją własne mechanizmy i przyczyny ich sytuacji, ale tkwią w miejscu, bo terapia nie polega na dzieleniu się wiedzą i opracowywaniu planów działania. Leki i psychoterapia są ważne, często ratują życie (moje uratowały nie raz), ale też często są niewystarczające same w sobie. Dodatkowo ludzi często nie stać na płacenie za wieloletnią psychoterapię.
I tu, cała na biało, wchodzę ja – specjalistka od ogarniania się.

