Mam depresję. Ciężką, ale nie najcięższą mi znaną. 29 punktów w skali Becka, zdarzało się, że dochodziłam do 45, więc jeszcze jakoś funkcjonuję. Depresja filtruje moje myśli, podpowiadając, że jakie Wygrywki, ty nic nie osiągnęłaś, jesteś pozbawioną pracy (catsitting nie lubi się z alergią na koty) studentką po czterdziestce, która próbuje ogarnąć swoje życie i sobie nie radzi. Nawet nie masz nic do przekazania czytelnikom.
Ale umiem sobie powiedzieć, że to tylko depresja. Umiem odłożyć te myśli na bok i złapać impuls, który nie ma z nimi wiele wspólnego.
Czy aktualnie nie mam spektakularnych sukcesów i dobrze, że ogarniam dotarcie na uczelnię, pobyt na niej i powrót do domu? No tak. Tylko, że docieram na uczelnię przygotowana do zajęć, wytrzymuję na niej cały dzień (sensoryka!!!) i daję sobie radę z powrotem w zatłoczonym autobusie (SENSORYKA!!!). Kiedy szłam na studia, wątpiłam, że dam radę.
Czy kiedyś już byłam w tak głębokim zwątpieniu w siebie i się wygrzebałam? Tak. Miałam dwadzieścia pięć lat, niezwykle trudną sytuację domową, świeże PTSD, dopiero co zdiagnozowaną chorobę afektywną dwubiegunową (całkowicie poza kontrolą), wychodziłam z trudem z toksycznego związku i płakałam swojemu byłemu, że nic nie osiągnę z taką psychiką, moje życie nie ma sensu, nigdy nie zrealizuję marzeń itd., itp. Rok później prowadziłam poczytnego bloga, tylko dlatego, że coś tam sobie pisałam w internetach przez jakiś czas. Moje życie prywatne i emocjonalne to nadal był koszmar i przy okazji zawaliłam studia na etapie magisterki, ale blog miał się znakomicie. Potem w życiu bywało różnie. Lepiej, gorzej, tu lepiej a tam gorzej.
Mój blog był o osobach transpłciowych, nazywał się Trans-Optymista. Próbowałam na jego łamach przekazać ludziom, że jeśli czują dysforię płciową, to ich życie wcale nie jest skończone. Nawet jeśli mają już 55 lat i mocno niekorzystną budowę ciała. Nawet jeśli boją się odrzucenia. Że można żyć jako ujawniona osoba transpłciowa i mieć przyjaciół, bo to nie jest tak, że musisz porzucić całe swoje życie i zacząć od nowa w innym miejscu. Powiedzieć, że to nie było wtedy oczywiste, to nic nie powiedzieć. To było totalne novum.
Za przykład podawałam siebie, bo akurat z transpłciowością sobie radziłam. Kilka lat później poradziłam sobie również z detranzycją. Świat nadal się nie skończył, aczkolwiek sporo ludzi mnie odrzuciło.
Tak więc już kiedyś byłam w takim miejscu. Tu wszystko wydaje się beznadziejnie złe i dowodzi, że własne życie to niekończąca się seria porażek i lepiej już nie będzie. Ale przecież potem zawsze jest lepiej. A porażki? Podobno dla niektórych pójście na studia koło czterdziestki to inspiracja. Podobno radzenie sobie z ADHD i autyzmem to inspiracja. Przypuszczam, że praca nad związkiem w kryzysie też może być dla kogoś znacząca. Po prostu nie mam takiej perspektywy, bo mam depresję. Za to umiem odejść krok dalej i powiedzieć sobie „To mówi depresja. To nie jest prawdziwe”. I o tym wiem, że jest cenne, bo ratuje mi życie.
Nie poddaję się. Dalej piszę, nawet jeśli nie jest to nic porywającego tłumy. Mam pomysły, które posuwam w lepsze dni o kroczek do przodu. Ciągnę studia, mimo że bardzo mi się nie chce i wstanie rano oraz nauka wymagają wiele wysiłku. Ukończenie studiów ma być otwarciem drzwi, które dotąd zawsze pozostawały zamknięte. Bo nigdy dotąd, choć przecież na różne sposoby zajmowałam się psychiką i seksualnością, nie byłam magistrem psychologii. W lepsze dni umiem opowiadać o kompetencjach i osiągnięciach, dziś nie, ale one przecież nadal tam są.
Zmieniam życie, mimo że cel jest odległy, a sens gdzieś się zapodział (pewnie schował go ten czarny pies Churchilla). Bo przecież przede mną jeszcze kilka dekad życia. Trzy? Pięć? To mnóstwo czasu i głupio byłoby przeżyć je biernie, powtarzając za depresją, że już za późno na zmiany. Ludzie wprowadzają je nawet mając przed sobą ostatni rok życia.

