Nie przejmuj się i mów! Jak rozruszać swój angielski?

272
Czy Ty też miewasz tak, że ciągle wydaje Ci się, że za słabo znasz język i jeśli otworzysz usta, to tylko się wygłupisz przy obcokrajowcu?

To bardzo częsty problem wśród nieco starszych absolwentów polskich szkół publicznych, którzy nie chodzili na prywatne zajęcia i nie jeździli zbyt wiele za granicę. Za moich czasów przeciętna polska szkoła w ogóle nie uczyła nas mówić! Rozwiązywaliśmy tylko zadania gramatyczne. Efektem był paraliż: nie wiem, jakiego czasu użyć, więc nic nie powiem.

Kiedy jakieś 10 lat temu mieszkałam ze współlokatorami z różnych krajów, często służyłam im za tłumacza podczas załatwiania różnych spraw w polskich punktach usługowych i urzędach. Mniej więcej co drugi raz okazywało się, że osoba zza biurka rozumiała mojego współlokatora, po prostu nie umiała mu odpowiedzieć. Wszyscy ci ludzie za bardzo się bali, że popełnią błąd.

Mniej więcej wtedy zrobiłam też bardzo dziwny test plasujący z języka angielskiego, z którego wyszło mi, że ledwo łapię się na poziom B1. Ten test zawierał całe mnóstwo trudnych pytań z gramatyki. Pamiętam, że w najjdłuższym ćwiczeniu większość pytań poszła mi źle – rozumiałam zdania, ale nie umiałam dobrać właściwej formy. Cóż, w tamtym czasie byłam całe lata po tym, jak przerobiłam conditionale w klasie maturalnej. Potem z nich nie korzystałam świadomie i wyleciały mi z głowy. Ale na lektoratach na poziomie B1 umarłabym wtedy z nudów.

W tamtych czasach miałam na przykład współlokatora z Turcji. Pewnego wieczoru omówiliśmy kwestie uchodźców z Syrii, polityki tureckiej względem nich i polityki Unii Europejskiej. Potem gładko przeszliśmy do podstawowych założeń islamu („jeśli masz więcej niż potrzebujesz, oddaj nadmiar tym, którzy mają mniej niż potrzebują”). Oczywiście po angielsku. To nie są tematy, o których można dyskutować na poziomie B1.

Mówienie jest najważniejsze!

Mniej więcej wtedy przekonałam się, że mówienie po angielsku to absolutna podstawa, jeśli chodzi o znajomość języka. Wszystko inne jest dodatkiem. W szczególności dodatkiem jest (zazwyczaj) umiejętność wskazania poprawnej konstrukcji gramatycznej.

Zauważ, ilu Polaków poległoby na takim teście z języka polskiego. Mówią „ubierz buty”, nie rozumieją co znaczy „bynajmniej”, „włanczają światło”, pytają „co tu pisze”, szukają „najmniejszej linii oporu” i tak dalej.

A przecież na co dzień w ogóle o tym nie myślimy. Po prostu mówimy! Lepiej lub gorzej, ale się dogadujemy wszyscy ze sobą.

Dlaczego więc boimy się mówić w obcych językach? Obcokrajowcy wcale nie mówią w swoich ojczystych językach dużo lepiej od nas! Ba, bardzo często mówią gorzej, mniej starannie – dokładnie tak, jak my po polsku. W niczym im to zwykle nie przeszkadza.

Żeby powiedzieć zdanie po angielsku, wcale nie trzeba go najpierw Poprawnie Skonstruować, jak się wydaje wielu osobom. Wystarczy je sklecić, choćby i w formie „Kali jeść jabłko”. Jeżeli chcesz powiedzieć, że to jabłko było zjedzone w przeszłości, doklej „yesterday” lub inne określenie czasu. I już. Po kłopocie.

Daj sobie prawo do popełniania takich błędów i skoncentruj na tym, żeby po prostu się dogadać. Jeśli trzeba, rysuj albo gestykuluj. Odegraj pantomimę, wspomagając się słowami. Baw się zamiast spinać. Będzie dobrze i nikt normalny Cię nie wyśmieje! (Idiota może, ale idiotami nie ma co się przejmować).

Co więcej, kiedy zaczniesz mówić po angielsku tak jak umiesz, bardzo szybko zobaczysz, że Twoje umiejętności rosną. Bez książek, co najwyżej ze słownikiem, szybko opanujesz nowy poziom.

I nie przejmuj się gramatyką. Jej zawsze zdążysz się nauczyć. Kiedy umiesz mówić i mówisz na co dzień, gramatyka to jest pikuś – takie powolne szlifowanie brylantu, nic więcej. Co więcej, jeśli potrzebujesz poprawnych form w angielskim pisanym, gdzie dużo bardziej rzucają się w oczy, Grammarly poprawi je za Ciebie.

Polecam Ci narzędzie – bardzo tanie konwersacje z native’ami

Gdy wróciłam na studia, miałam lektoraty na poziomie B2. Nuda. Poza gramatyką. Gramatykę szlifowałam jak nie ja, bo była potrzebna do egzaminu. Przy okazji uczyłam poprawnych form mojego partnera, który w CV ma biegłą znajomość angielskiego, używa go codziennie w pracy, rozumie prawie każdy akcent, woli czytać i słuchać po angielsku niż po polsku, itd., itp.

Kiedy wkrótce po egzaminie zalogowałam się na platformie do nauki języków obcych i zrobiłam test poziomujący, umiałam już wskazać poprawne formy gramatyczne. Także dla tych nieszczęsnych conditionali. Umiałam też bardzo płynnie (choć nadal z błędami) powiedzieć, kim jestem i po co chcę się uczyć angielskiego. Na podstawie testu i tych łącznie trzyminutowych odpowiedzi, algorytm platformy ocenił, że jestem w połowie poziomu C1.

Platforma jest fajna. Jeśli chcesz mówić po angielsku, ale nie masz z kim, serdecznie polecam Ci Preply. Ma dziesiątki (setki?) tysięcy certyfikowanych lektorów TEFL z różnych krajów, z którymi możesz rozmawiać po angielsku już od 11 złotych za 50-minutową lekcję z native speakerem (oczywiście nie ze Stanów czy Wielkiej Brytanii, a z krajów, gdzie 3$ za godzinę pracy to naprawdę dobra stawka). Działa w modelu subskrypcyjnym, tylko że tutaj subskrybujesz ilość godzin w miesiącu. Oprócz tego masz dostęp do multimedialnych kursów na różnych poziomach, fiszek i innych ćwiczeń do utrwalania słownictwa i analiz Twoich postępów dokonywanych przez AI po każdej lekcji. Są też avatary AI, z którymi masz załatwić jakąś sprawę – po takiej konwersacji również dostajesz feedback. Nauka przy pomocy tych narzędzi jest bardzo atrakcyjna, a lekcje z lektorem sprawiają, że utrzymujesz motywację do nauki i nie rzucisz tego po tygodniu.

Więc jeśli chcesz przełamać się i zacząć mówić – Twoja podstawowa wymówka właśnie odpadła.

Jeśli dołączysz do Preply przez mój partnerski link, otrzymasz 70% zniżki na lekcję próbną, a mnie Preply opłaci kilka lekcji.

Na koniec

Zastanawiasz się, czy warto? Zastanów się, ile rzeczy omija Cię w życiu przez to, że nie czujesz się pewnie z angielskim. Dużo? Mało? Niektórzy – mówiąc lepiej po angielsku – zmieniliby pracę. Inni kraj. Jeszcze inni podróżowaliby dużo pewniej po świecie. Niektórzy angielskiego nie potrzebują i to też jest OK, w każdym razie dopóki coś się u Ciebie nie zmieni.

Link do Preply jest TUTAJ.

18 KOMENTARZE

  1. Zgodzę się z Tobą w 100%. Polskie szkoły nie uczą mówić po angielsku. Owszem, zajęcia z angielskiego są, czasem nawet kilka godzin w tygodniu ale to w żaden sposób nie pomaga nauczyć się mówić. Lekcje wyglądają tak, że uczniów uczy się pisać oraz czytać. A konwersacja? A kto o tym słyszał? Moim zdaniem, na angielskim (czy po prostu ogólnie na lekcjach języków obcych) powinna być godzina zajęć, na której nauczyciel z poruszałby z uczniami tematy do omówienia, oczywiście zgodne z wymaganiami programu nauczania. Lekcja, na której uczniowie rozmawialiby w języku obcym.
    Obecnie wygląda to wszystko tak, że wszyscy umieją poprawnie pisać po angielsku ale rozmawiać już nie. Ani me ani be. Każdy boi się otworzyć usta, w strachu że palnie coś głupiego albo zrobi błąd.

    • No właśnie, a nie sposób nauczyć się mówić bez robienia błędów. To naturalne, że najpierw uczymy się mówić pojedynczymi słowami, później łamanymi zdaniami i dopiero na samym końcu wchodzi gramatyka.
      I łatwiej byłoby uczniom nauczyć się pisać, gdyby najpierw umieli jako tako mówić. Wtedy myśleliby po angielsku, czyli po prostu ich zadaniem byłoby spisanie tych myśli. Taka godzina konwersacji w tygodniu (choć to mało) szybko przełożyłaby się na wyniki z pisania. Czytanie też szłoby łatwiej 🙂

      • Ja się nie mogę zgodzić. To znaczy to fajnie brzmi „godzina konwersacji w tygodniu”. Ale to by musiała być godzina indywidualnych konwersacji. W moim liceum nauczycielka próbowała robić coś takiego i kończyło się na tym, że mówiły może dwie osoby, a reszta siedziała cicho bo bała się odezwać.

        Wiciokrzew

        • No tak, pewnie się nałożyło to, że nauczycielka nie umiała tak moderować dyskusji, żeby zachęcić do mówienia wszystkich, z tym, że klasa była zbyt liczna i nie umiała grać zespołowo 🙁
          Na moim ostatnim kursie angielskiego była grupa siedmiu osób mających różny poziom i to już było spore wyzwanie dla lektorki. Jeden słuchacz ciągle wtrącał polskie słowa zamiast spróbować opisać je po angielsku, jedna słuchaczka bała się mówić… Ja miałam najwyższy poziom i ciągle się gryzłam w język, żeby dać innym coś powiedzieć, dokończyć zdanie albo pomóc koleżance. Ambitni uczniowie, ubiegający się o piątki i szóstki z języka, raczej nie będą mieli takiej wrażliwości.

          • Moja grupa w liceum na angielskim to było jakieś 10 osób. Pod warunkiem że wszyscy byli uczniowie. I zdecydowana większość to osoby kończące z piątkami (nie przypominam sobie, żeby była jakaś ocena poniżej czwórki). A i tak bali się mówić.

          • Trudno mi powiedzieć. Teraz już średnio to pamiętam (co z tego że od zakończenia nauki w liceum minął rok. Ja nie pamiętam co robiłam wczoraj, a co dopiero rok temu).
            Pamiętam tylko koleżanki z klasy uparcie powtarzające, że one mówić po angielsku nie potrafią i się boją.

  2. No niestety, nasze szkoły nie uczą mówić w obcym języku, niezależnie od tego, co to jest za język. Miałam takie same obawy przed angielskim, jak i przed niemieckim. Nawet teraz potrzebuję dłuższej chwili, by się przestawić, wbić w rytm mówienia, bo bez tego wychodzi mi Kali kochać, Kali lubić do kwadratu i strach, że zapomnę kluczowego słówka, czy zwrotu. Najbardziej mnie zawsze denerwowało to, że jak już odważyłam się mówić na zajęciach, to prowadzący co chwilę przerywali, żeby wytknąć błąd gramatyczny. A przecież nie o to chodzi. Chodzi o komunikację, a błędy na zajęciach zawsze można przecież spisać i omówić je po wypowiedzi. Mam nadzieję, że się podejście do języków w szkołach zmieni. 🙂

    • Też nie cierpię, kiedy ktoś mi przerywa w trakcie, żeby mnie poprawić. Kiedy mówię po polsku zdarza mi się przez to zgubić wątek, a co dopiero gdy to jest obcy język… To strasznie peszy i właśnie sprawia, że człowiek skupia się na braku błędów i nie jest w stanie wykrztusić słowa.
      Jest zupełnie ok, kiedy mówi się Kali lubić do kwadratu i opowiada lub odgrywa brakujące słowa. Obcokrajowcy to rozumieją, pomagają. Tylko rodacy się tego czepiają 🙁

      Naprawdę, najlepiej jest pojechać za granicę lub zacząć nawiązywać kontakty z obcokrajowcami. Kiedy byłam w Mediolanie drugi raz, znałam około dwudziestu słów po włosku: dzień dobry, poproszę coś tam, dziękuję, jestem Polką, nie mówię po włosku, czy mówisz po angielsku. I tak się nastawiłam, że zamówię kawę po włosku, że kiedy okazało się, że zamawiana nie jest dostępna (ekspres był już nieczynny i pani mogła mi zrobić tylko kawę z drugiego ekspresu), wyleciało mi z głowy, że prawie na pewno mogę się dogadać po angielsku. Baristce też. I się dogadałyśmy. Zrozumiałam problem i dostałam dokładnie taką kawę, jaką wybrałam za drugim razem. A potem jeszcze powiedziałam baristce, że była pyszna, bo akurat to słowo podłapałam 🙂 Jeżeli ktoś MUSI się dogadać, to daje radę i prędzej czy później przestaje myśleć o błędach 😀

  3. Świetnie napisane – o tym, że tak naprawdę najważniejsze jest mówienie przekonałam się w trakcie wyjazdów zagranicznych. Jakoś trzeba było się porozumiewać z ludźmi, a że spora ich część znała angielski, to nie było wyjścia. Później były korepetycje, na których to ja uczyłam dzieciaki i młodzież i też stawiałam na mówienie. No bo po co znać Past Perfect, skoro użyje się go może kilka razy w życiu? Nigdy nie byłam na Erasmusie, ale myślę że dla podszkolenia języka do fantastyczna sprawa – a kiedy z niej nie korzystać jak właśnie w trakcie studiów!

  4. Masz 100% racji. Szkoły nie uczą mówić po angielsku. Nawet prywatne kursy są mocno nastawione na gramatykę. Mniej na rozmowę. Zdecydowanie mówić, mówić i mówić. To daje efekty 🙂

  5. „Mówienie po angielsku to absolutna podstawa jeśli chodzi o znajomość języka. Wszystko inne jest dodatkiem”.

    Nie jestem w stanie zgodzić się z tym fragmentem. Ludzie uczą się obcych języków w różnych celach i umiejętność mówienia (dogadania się z obcokrajowcem) jest tylko jedną z nich. Dla mnie – przy pracy nad doktoratem – najważniejsze jest płynne czytanie (bez tego ani rusz), dalej: pisanie (publikacje zagraniczne są ważne). I dopiero na trzecim miejscu mówienie (np. na konferencjach, na których poziom angielskiego innych uczestników bywa naprawdę fatalny, zwłaszcza z takich krajów, jak Włochy czy Hiszpania).

    Ktoś inny może uczyć się języka, bo chce oglądać filmy, a więc dla niego listening to podstawa. A jeszcze innego kręcą właśnie konstrukcje gramatyczne 🙂 Nie ma co absolutyzować własnych celów.

  6. Być może to kwestia zawodu i hobby, ale dla mnie podstawą nie jest mówienie / rozumienie, co ktoś mówi, ale czytanie ze zrozumieniem. Ale co do całej reszty, to się zgadzam: tygodniowy pobyt za granicą bardziej rozwija niż kilka lat uczenia się conditionali. Kiedyś wiedziałum, który conditional jest który, ale z wygłoszeniem prezentacji na międzynarodowej konferencji nie dałubym sobie rady. Obecnie mówię gramatycznie na poziomie „moja mieć dla Ciebie chwasta”, ale nie mam żadnych problemów, żeby wytłumaczyć ludziom z całego świata, jak działa zbudowane przeze mnie i moich kolegów urządzenie.

  7. No tak, dla mnie podstawowym problemem w kontaktach jest perfekcjonizm. Być może częściowo ukształtowany przez takie właśnie nauczycielskie wtręty o poprawności językowej, trudno teraz powiedzieć. Walczę o to mówienie o dwóch lat. Piszę na poziomie ok. B2, mówię na A1 😉 Bardzo to jest stresujące.
    Ten wpis daje wiarę we własne możliwości w kontaktach przymusowych. Faktycznie, przymus mówienia jako tako działa. Jednak w Niemczech jedną z kilku moich rozmówczyń „dłuższych” była Pani z Okienka, która raczej nie starała się rozumieć, a robiła miny. I, no wiesz, trochę to peszy x)

  8. Jako nauczycielka angielskiego własnie zaobserwowałam, że w szkołach niestety kładzie się nacisk na gramatykę, a potem jak ktos wyjeżdża zagranicę, to ma problem z zamówieniem filiżanki kawy. Tez uważam, że trzeba mówić, mówić jeszcze raz mówić. Używać prostych konstrukcji i uczyć się jak najwięcej słówek

  9. Ja nawet nie pamiętam co to są Conditionale 😀 a miałem po 5h angielskiego w tygodniu…
    A co do przesłania notki – niby tak… ale nie do końca 😛
    Znaczy zgadzam się, że mówienie jest najważniejsze i to jest główny cel – żeby się dogadać. Nigdy też nikt mi błędów nie wytykał, ale ja sam je widzę. Bywa że powiem coś a potem mnie olśni: „Kurde, ale gafę palnąłem” i tylko: „nie no, dziś to już biorę książkę i uczę się tej gramatyki” 😉 także to nie jest tak, że jak się zaczyna mówić, to się przestaje myśleć o gramatyce i błędach 😛 (albo to tylko ja tak mam, albo to tylko z niemieckim 😀 ).

  10. Święta prawda. Zobaczymy jak mi pójdzie za niecałe 10 dni. Też korzystam z diki.pl choć nie tylko.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Proszę wpisać swój komentarz!
Proszę podać swoje imię tutaj