Kiedy zakładasz pierwszy biznes, możesz popełnić sporo błędów. Pierwotny pomysł na biznes często wymaga, żeby ktoś doświadczony na niego spojrzał i przeanalizował oraz podzielił się swoim know-how. Opowiem Ci dziś historię jednego z moich projektów – ku przestrodze. Później porozmawiamy o tym, jak uniknąć błędów początkującego.
Moje pierwsze przedsięwzięcie
Jakiś czas temu (dosyć dawno) założyłam klub Apacz poświęcony rdzennym mieszkańcom Ameryki Północnej – filmom i powieściom, w których występowali, kulturze, obyczajom. Wciągnęłam w to moje przyjaciółki. Moją motywacją była chęć poznania ludzi o podobnych zainteresowaniach.
Miałyśmy więc trzy członkinie z przydzielonymi rolami w klubie i adekwatnymi pseudonimami, legitymacje członkowskie, pieczątkę w kształcie Indianina, biblioteczkę pełną ostemplowanych i ponumerowanych książek, które starannie kolekcjonowałam po antykwariatach.
Pracowałyśmy również nad stworzeniem atrakcyjnego lokalu, który pomieściłby wszystkich członków – w tym celu poznałam ceny okolicznych miejscówek i z bólem serca wybrałam to dostępne praktycznie za darmo, ponieważ nasz budżet był zbyt skromny, by sfinansować coś lepszego.
Niepowodzenie związane ze znalezieniem fajnej siedziby klubu nie ostudziło mojego zapału. Poza klubową biblioteczką w planach miałam regularne dyskusje, pokazy filmów i LARP-y – finansowane oczywiście ze składek. Wymyśliłam nawet, że możemy trenować umiejętności przydatne na Dzikim Zachodzie, takie jak strzelanie z rewolweru.
Po jakimś czasie uznałam, że to przedsięwzięcie nie ma sensu. Nikt nowy nie dołączył, przyjaciółki nie wykazywały inicjatywy, a lokal się nie sprawdził. Zamknęłam projekt, a na pamiątkę została mi biblioteczka pełna starannie poopisywanych książek.
Dlaczego poniosłam porażkę biznesową?
Na początku dam Ci odpowiedni kontekst:
to było w 1997 roku, a ja miałam 12 lat.
Teraz zatrzymaj się na moment, wróć do historii i pomyśl, co mogło pójść nie tak. Choćby dlatego, że o tym nie napisałam. Bo opisałam wszystkie swoje działania.
Dobrze jest analizować czyjeś przedsięwzięcia, bo uczysz się na cudzych błędach i nabierasz nawyku analizowania również własnych działań.
Już? No to ruszamy z dodatkowymi szczegółami.
Przyjaciółki to niekoniecznie najlepszy materiał na wspólniczki. Te konkretne dziewczyny były o rok i dwa młodsze oraz kompletnie niezainteresowane ani czytaniem książek, ani tym bardziej poznawaniem kultury rdzennych Amerykanów. Po prostu zaraziłam je entuzjazmem, co wystarczyło tylko na jakiś czas. Kiedy przyszło do robienia czegoś – odpadły, bo nie miały motywacji. Jeszcze wiele razy popełniłam ten błąd.
Wybranym lokalem miała być tak zwana baza, czyli starannie zamaskowana, udeptana przestrzeń między krzakami i pod drzewem. Latem zdawała egzamin, w październiku niekoniecznie. Nie przewidziałyśmy wad tego miejsca (brawo my). Chciałam nam wynająć garaż, ale okazał się jakieś sto razy za drogi, a poza tym okazało się, że muszę być pełnoletnia.
Pomysły na aktywności miałam nawet niezłe. W pomysłach zawsze byłam dobra. Filmy miałyśmy puszczać u kogoś z nas w domu pod nieobecność niezbyt świadomych naszych działań rodziców – tu może nie przewidziałam, co by było, gdyby któreś z nich nieoczekiwanie przyszło w trakcie seansu i zastało bandę dzieciaków w pióropuszach.
Na szczęście nie mogło do tego dojść, ponieważ wtedy nie miałam zielonego pojęcia o promocji i trendach. Wydawało mi się pewnie, że jeśli wykaligrafujemy długopisem piękne legitymacje i zadbamy o pieczątkę z papiernika oraz przygotujemy ofertę w formie listy pomysłów, to ludzie magicznie dowiedzą się o klubie Apacz, powiedzą, że zawsze pasjonowali się Indianami i zapiszą z marszu. Tłumnie.
Czy to był bardzo dziecinny pomysł na „biznes”? A może tylko niedojrzały?
Problem z klubem Apacz polega na tym, że to nie była zbyt duża porażka. Miałam dwanaście lat i zero wiedzy, więc działałam na czuja, a cały projekt kosztował mnie mniej niż sto złotych. Książki Sat-Okha i zabawkowe pistolety na kulki – można to nieźle spożytkować, kiedy ma się dwanaście lat. Do tej pory nieźle strzelam i pamiętam jeden czy dwa gesty z języka migowego Lakotów. Jakiś czas bawiłyśmy się całkiem nieźle, więc cel „fajnie spędzony czas” został zrealizowany.
Gorzej sprawa ma się wtedy, kiedy z podobnym przygotowaniem i nastawieniem zakładasz firmę.
I właśnie dlatego Ci o tym opowiedziałam.
Jak zakłada firmę typowy niedoświadczony przedsiębiorca?
Zazwyczaj bez odpowiedniej, intencjonalnej edukacji byli pracownicy etatowi wiedzą, jak biznes wygląda z zewnątrz, ale nie mają pojęcia, jakie mechanizmy sprawiają, że działa.
Etatowcy idący na swoje są jak ktoś, kto potrafi odczytać godzinę na zegarku i rozumie ideę czasu, ale kiedy spróbuje go rozkręcić i skręcić na nowo – zostanie mu jakaś śrubka.
Dlatego jeśli jesteś typową osobą rzucającą się bez przygotowania i opieki w przedsiębiorczość, to jesteś trochę w sytuacji mnie-dwunastolatki, tylko masz dużo więcej do stracenia.
Jeśli Twój biznes ma upaść, to… [przepis na porażkę]
Prawdopodobnie wydajesz pieniądze na to, co wydaje się potrzebne. Profesjonalne logo, stronę z wodotryskami, asortyment lub narzędzia, itd. Jeśli chcesz działać stacjonarnie, zapewne wynajmujesz lokal, który może być powyżej Twoich realnych możliwości finansowych. Ostatecznie biznes musi wyglądać. Wygląd zarabia. Nie?
Być może nawet zatrudniasz za te pieniądze ludzi na stałe. Albo – o zgrozo – bierzesz do zespołu swoich krewnych lub znajomych. Jeśli tak, to mam nadzieję, że ich nie lubisz. Bo część z nich prawdopodobnie wkrótce znielubi Ciebie.
Za to o badaniu rynku, tworzeniu persony, wycenach i aktualnych metodach promocji swojej działalności być może wiesz tyle, co ja, kiedy zakładałam klub Apacz.
W efekcie zjadają Cię koszty, a klientów brak. Nie wiedzą o Twojej ofercie albo nie są nią zainteresowani (tylko Ty o tym nie wiesz).
Biznes w końcu plajtuje, a Ty wracasz na etat z poczuciem, że to nie dla Ciebie.
Historia Twojej firmy nie musi tak wyglądać!
Często nie trzeba wiele, by uratować firmę. Nawet klub Apacz miałby szansę podziałać przez jakiś czas, dopóki by się nam nie znudziło.
W moim przypadku wystarczyłoby, gdybym znalazła wsparcie w kimś, kto przeanalizowałby ze mną, co jest nie tak i wyjaśniłby mi to, czego nie umiałam.
Ty masz do dyspozycji cały Internet. Oraz mnie.
Prawdopodobnie w mojej okolicy mieszkało kilkoro dzieci, które lubiły „Winnetou”, „Łowców wilków”, „Złoto Gór Czarnych” itd. Ostatecznie część moich książek była nowa, z okolicznych księgarni – musiały mieć JAKIEŚ grono nabywców.
Mogłabym bez problemu sprawdzić zainteresowanie tematyką w najbliższej bibliotece i rozwiesić ogłoszenia tam lub w okolicy, a także w szkołach – mojej i sąsiednich. Bo tam byli odbiorcy i gdybym tylko dała im szansę dowiedzenia się, że coś dla nich robię – mogliby przyjść. Poczta pantoflowa też się nieźle sprawdza wśród dzieci (to się nazywa marketing szeptany lub marketing rekomendacji).
Następnie dorosły mógłby mi udostępnić swój salon na kilka godzin raz w tygodniu, przy okazji szykując colę i chipsy. Albo pomógł załatwić jakąś inną przestrzeń: salę w bibliotece, świetlicę, pustą klasę. I już. Niewiele potrzeba, by grupka dzieciaków dobrze się bawiła.
Niestety nie miałam takiego wsparcia w rodzicach i nie wiedziałam, że mogę go poszukać. Teraz mam w głowie całą listę osób, do których mogłam się wtedy zwrócić.
Dopiero zaczynasz?
Krok pierwszy: pomysł
Zastanów się, komu, w czym i jak masz zamiar pomóc oraz dlaczego ten ktoś miałby zainteresować się właśnie Twoją ofertą. Bez konkretów nie ruszaj z miejsca.
Masz to? Sprawdź wstępne zainteresowanie ofertą.
Krok drugi: testowanie
Odpuść sobie to, czego nie umiesz pozyskać za darmo lub za pół darmo. Działając z tym, co masz, przygotuj swoje MVP (Minimum Viable Produkt), czyli coś małego, co możesz wypuścić na rynek niskim kosztem. Tak, to może być też usługa. Albo mały ebook w zamian za zapis na newsletter (tzw. lead magnet), żeby móc później budować relację i wysłać płatną ofertę. Na lead magnecie nie zarobisz od razu, ale otworzysz sobie furtkę do zarabiania.
BTW. Ebook może Cię nic nie kosztować, jeśli posłużysz się Canvą i Mailerlite. Pierwsze to prosty program graficzny, a drugie to najpopularniejszy wśród początkujących #girlboss program do wysyłki newsletterów. Oba programy mają okrojoną darmową wersję, która na start powinna Ci wystarczyć. W sieci znajdziesz pełno tutoriali, jak z nimi pracować. Są też alternatywne programy, również darmowe.
Krok trzeci: analiza
Zatem wypuściłaś ofertę. Super. Teraz sprawdź efekty.
Wzbudziła zainteresowanie? Rozwijaj pomału biznes.
Nie sprawdziła się? Dowiedz się dlaczego, a potem odpowiednio skoryguj swoje działania.
*
Jeśli już działasz i pomalutku toniesz: nadrób braki w wiedzy, wdróż odpowiednie działania i – najprawdopodobniej – zetnij zbędne koszty.
Bonus motywacyjny
Chcesz mieć firmę? Nigdy nie poddawaj się po pierwszej porażce.
Prowadzenie biznesu – i myślenie jak przedsiębiorca – to kompetencja, którą rozwija się w praktyce. Doświadczeni przedsiębiorcy często mają za sobą kilka lub nawet kilkadziesiąt niewypałów, z których – to ważne! – wyciągnęli wnioski na przyszłość.
Na tej samej zasadzie najlepsi koszykarze to ci, którzy najwięcej razy nie trafili do kosza. Po prostu rzucali do skutku, podczas gdy inni dawno znaleźli sobie bardziej atrakcyjne zajęcie.
Podsumowanie
- Zaprojektuj biznes z głową, od A do Z. Jeśli nie wiesz, jak to się robi – dowiedz się!
- Klienci nie czytają w myślach. Musisz im powiedzieć, że masz dla nich ofertę. Wielokrotnie.
- Musisz wiedzieć, komu, w czym i jak pomagasz oraz dlaczego Twoja oferta jest atrakcyjna akurat dla tej osoby.
- Testuj! Zbadaj rynek, zaoferuj coś małego, co Cię prawie nic nie kosztuje i zobacz, czy działa. Jeśli tak, rozwijaj biznes. Jeśli nie, przeanalizuj i zmodyfikuj swoje działania.
- Nie wydawaj pieniędzy na to, co nie jest Ci niezbędne do działania. Sprawdź, czy są darmowe odpowiedniki.
- Porażka to lekcja. Im większa porażka, tym więcej Cię może nauczyć. Porażek w biznesie nie ponosi tylko ten, kto nigdy nie zaczął działać.
