To nie był dobry rok, ale nadal tu jestem. Podsumowanie 2025

82

Kiedy sięgam pamięcią wstecz, na początku widzę 2025 jako jedno wielkie pasmo nieszczęść:

  • śmierć jednej z moich kotek, Kiri – miała 15 lat i zachorowała na chłoniaka. Wszystko potrwało tylko miesiąc;
  • nagłe, bardzo silne zaostrzenie wcześniej tylko podejrzewanej alergii, przez które nie mogłam mieszkać dłużej z moją drugą kotką, Sabinką, i musiałam ją oddać pod opiekę innej osobie (Sabinka jest bardzo szczęśliwa z nowymi opiekunami);
  • diagnoza astmy, z którą najpewniej żyłam przez wiele lat, ale żaden lekarz wcześniej nie połączył kropek;
  • konieczność wyprowadzenia się na kilka miesięcy z mojego domu, bo trzeba było go oczyścić z kocich alergenów – katorżnicza praca;
  • zostanie bez żadnych moich rzeczy, bo wszystkie trafiły do kartonów jako skażone alergenami i w większości nadal przebywają w wynajętym schowku;
  • konieczność zakończenia pracy – opieki nad kotami, których opiekunowie wyjechali – i poinformowania o tym wszystkich stałych klientek;
  • pogorszenie relacji z moim partnerem spowodowane niuansami historii alergii i oczyszczania mieszkania;
  • śmierć matki;
  • nagłe problemy neurologiczne, które w większości ustąpiły po paru miesiącach i których żaden odwiedzony lekarz nie umiał wyjaśnić;
  • uciążliwości związane z nadreaktywnym pęcherzem – też nowa rzecz;
  • pogorszenie innych aspektów zdrowia fizycznego (i stanu psychicznego, i funkcji poznawczych) spowodowane być może wejściem w perimenopauzę – świeże odkrycie, jeszcze to obserwuję;
  • śmiertelna obraza jednej z moich przyjaciółek – o proste postawienie granic, akurat w największym kryzysie mieszkaniowo-zdrowotnym i jeśli nie mieszam faktów, to straciłam ją w tym samym tygodniu co Sabinkę;
  • przerwanie terapii, bo okazało się, że terapeuta nie radzi sobie z ADHD i próbuje terapeutyzować jego objawy jako wewnętrzne konflikty, nie dostrzegając, że to są te niej oczywiste objawy ADHD;
  • zawieszenie Wygrywek zaraz po uruchomieniu, bo moja psychika nie wytrzymała skali problemów (większość wydarzyła się w wakacje).

Ale kiedy odejdę kilka mentalnych kroków dalej i spojrzę na siebie z dystansu, to widzę, że nie jest najgorzej.

Przede wszystkim, przekonałam się o niezwykłej sile wsparcia ze strony innej przyjaciółki, z którą na początku tego roku odzyskałyśmy kontakt. Mogłam u niej zamieszkać na dwa i pół miesiąca, podczas których oczyszczałam – z jej dużą pomocą – swoje mieszkanie, żeby móc tam zamieszkać z powrotem. Teraz nazywa mnie kozą, jak z tego żydowskiego dowcipu „weź kozę” „oddaj kozę”. Bez niej naprawdę nie wiem, co bym zrobiła. Chyba musiałabym się po prostu wyprowadzić, bo nie miałabym jak płacić dwóch czynszów jednocześnie. A tak, miałam dom, miałam jej codzienne wsparcie psychiczne w najtrudniejszym okresie i mimo małej przestrzeni i różnych trybów życia doskonale się dogadywałyśmy.

Dwie inne osoby – mój partner i mój przyjaciel – również byli dla mnie ogromnym wsparciem, nie tylko wtedy a przez cały rok. To bardzo jasne punkty w moim życiu, od lat, aczkolwiek nie obyło się bez sytuacji konfliktowych. Te jednak są w każdej relacji.

Po drugie, udało się odzyskać mieszkanie. Nie mieliśmy gwarancji, że się uda. Sprzątanie trwało 3,5 miesiąca. Absolutnie każda powierzchnia opróżnionego ze wszystkiego mieszkania została kilkakrotnie odkurzona i spryskana specjalnym płynem. Większość tej pracy wziął na siebie mój partner, który równocześnie pracował i uczył się do wymagającego egzaminu. Resztę zrobiłyśmy z przyjaciółką, kiedy ja już mogłam przebywać tutaj po kilka godzin dziennie. Przetrwał nawet ogródek, który założyłam tuż przed atakiem alergii. Powoli odzyskuję rzeczy – mam już sprzęt kuchenny, który dał się wyprać w zmywarce, i aktualnie testuję, czy oczyszczone ubrania mi nie szkodzą.

Po trzecie, pracujemy nad związkiem. Przetrwaliśmy, choć w gorszej formie. Chodzimy na terapię par i uczymy się rzeczy, które u nas nie działały, ale przed kryzysem nie zauważaliśmy, że tak jest.

Czwarty powód nienajgorszej oceny tego roku to moje studia. Okazało się, że daję radę dojeżdżać na ósmą (wstawanie, dojazdy) i wytrzymywać na uczelni nawet 9 godzin dziennie. Przy moich problemach sensorycznych to było ogromne wyzwanie. Teraz jest łatwiej, bo przetrwałam i trochę oswoiłam się z trudnościami. No i zdałam w tym roku dwie sesje, całkiem dobrze, aczkolwiek do egzaminów letnich podeszłam dopiero we wrześniu i nie wszyscy wykładowcy uznali to za pierwszy termin.

I wreszcie piąty, czyli Wygrywki i jeszcze dwa projekty, które inicjuję równolegle (nie róbcie tak, chyba że macie takie ADHD, które nie pozwala inaczej) – wszystkie mają już solidne konstrukcje. Wygrywki zaistniały w Internecie w początkach mojej dziwnej bezdomności (później psychika dogoniła rzeczywistość i nie miałam już zasobów), a pozostałe dwa projekty zaistnieją niebawem. To oznacza zrobienie w tym roku trzech stron internetowych, opracowanie trzech strategii i dwóch identyfikacji wizualnych, start jednego konta na Instagramie, pracę nad produktami… sporo tego wyszło. I tak, wolałabym, żeby cała para poszła w jeden gwizdek, ale to u mnie zwyczajnie nie działa.

Oprócz tego jakoś radzę sobie zdrowotnie, zaliczam projekty w nowym semestrze, robię kursy (na tapecie Jason Hunt), przeczytałam rekordową jak na mnie ilość książek, pierwszy raz od 2011 roku przekraczając symboliczne 52 skończone książki rocznie… Mimo wielowarstwowej żałoby i innych trudności jakoś funkcjonuję. Ponownie. Bo ten rok to nie była pierwsza apokalipsa w moim życiu, już kiedyś przeszłam przez taką sekwencję zdarzeń. Tylko teraz zrobiłam to lepiej.

Jak?

Identyfikowałam problemy, zasoby i priorytety. Co zrobić, żeby było lepiej. Jak nie pogorszyć sytuacji pochopnymi działaniami. Co wymaga mojej uwagi, co nie jest konieczne, ale pomoże mi się czuć lepiej, a co muszę odłożyć na później, boby mnie wydrenowało z energii. Kto lub co może mi pomóc w tej sytuacji i jak. Jak mogę sobie ułatwić życie i odciążyć układ nerwowy. Co ciekawe, na bieżąco przeważnie nie zwracałam na te procesy uwagi, one po prostu się działy i umożliwiały mi życie na minimalnym poziomie baterii.

Dawniej rzucałam się we wszystko (jako Zosia Samosia) i spalałam. Zapierdalałam dwa dni jakby nie było żadnych ograniczeń, a potem trzy spędzałam w trybie wykończonego zombie, i to w depresji. Teraz jakoś zarządzałam poziomem energii, dawałam sobie pomóc, odpuszczałam i delegowałam, przeprojektowywałam cele.

Dość skutecznie ograniczyłam w tym roku swój perfekcjonizm na rzecz „zrobione jest lepsze od doskonałego”. To pozwoliło mi przetrwać na studiach i uruchomić Wygrywki. Nie spinam się, żeby mieć wszystko 10/10. Chciałam po prostu zdać egzaminy, po prostu uruchomić projekt. Ostatnio nawet czytałam większość prezentacji, co jest poniżej moich dawnych standardów wystąpień publicznych – ale dużo ludzi na moim roku tak robi i wszyscy żyją. Oszczędzone zasoby przekierowałam na bycie w kontakcie z trudnymi emocjami, odpoczynek i pracę nad jednym z projektów.

Robiłam rzeczy. Usłyszałam ostatnio ciekawą rzecz, że u mnie działanie nie jest produktywnością tylko regulatorem. Kiedy robię coś konstruktywnego dla siebie, czuję się lepiej. Mam bardzo mało zasobów, dzień jest do dupy, najchętniej zwinęłabym się w kłębek – dobrze, dam sobie czas, ale potem wstanę i coś ogarnę. Pouczę się do sesji. Napiszę tekst. Umyję głupie naczynia, które zalegają w zlewie albo gromadzą się przy moim łóżku. Nieduże kroki, ale coś do przodu.

Robiłam inne rzeczy. W największym kryzysie zdrowotnym siadłam do Wygrywek. W chaosie starałam się stworzyć jakieś procedury. W żałobie po kotach zakotwiczyłam się w przyjaźni i – później – projektach. W jednym sektorze życia coś się sypało – to inwestowałam uwagę i energię w inny, który mógł mnie jakoś doładować.

Miałam wsparcie. Trzy osoby, na których mogłam polegać. Które jakoś amortyzowały to wszystko. Które były dla mnie fundamentalnie – to dobre słowo – ważne. Korzystałam też na potęgę z ChatGPT, żeby lepiej rozumieć kolejne sytuacje i otrzymywać propozycje rozwiązań czy odmienną perspektywę.

Pisałam pamiętnik. Notowałam najtrudniejsze sytuacje, przemyślenia, sukcesy, wyrzucałam emocje, które nie powinny trafić w nikogo konkretnego. To wielki comeback 2025, bo od paru lat tego nie robiłam.

Opracowałam sobie system nauki, który całkiem dobrze działał – i to mimo ADHD. Prawie o tym zapomniałam, bo kryzys uczenia się i stworzenie rozwiązania były tuż przed katastrofą, ale to też się liczy do radzenia sobie.

(Jakoś) akceptowałam chujnię. Roboczo. Zwłaszcza w wakacje. Bo nie miałam warunków, żeby rozpaczać nad czymś, co już się wydarzyło. To oczywiście wróciło. Teraz jestem bezpieczna w swoim domu, do następnej sesji jeszcze trochę, w związku jest daleko stabilniej – więc czuję się gorzej. Przeżywam odłożoną na później żałobę. Ale wiedziałam, że tak będzie i akceptowałam proces. Ja tak mam, więc tak to będzie wyglądało.

Tak więc powoli nadciąga 2026, a ja nadal jestem na studiach, nadal tu mieszkam, wzmacniam swój związek, mam dwie niezawodne przyjaźnie, stworzyłam fundamenty pod trzy marki (niech chociaż jedna przetrwa ;)), odzyskuję rzeczy, opanowałam astmę… Jest ciężko, ale żyję i wygrzebuję się z tego wszystkiego.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Proszę wpisać swój komentarz!
Proszę podać swoje imię tutaj