Żeby zacząć z sukcesem biznes, musisz mieć szczegółowo rozpisany biznesplan i strategię, powiedzieli nam wszystkim. Musisz zrobić analizę konkurencji w Excelu, analizę SWOT, harmonogram contentowy, plan rozwoju firmy na pięć lat do przodu, harmonogram chodzenia do toalety…
Dobra, zapędziłam się z tą toaletą. Ale z grubsza tak to widzę po latach próbach dopasowania się do systemu, kiedy moja działalność po prostu się dzieje. I im bardziej nie na poważnie ją traktuję, tym lepiej zarabia, bo wpadam w lekkość.
Za to kiedy próbuję działać według planu – tworzę naprawdę piękne plany, ale one się nie manifestują w rzeczywistości.
Co to jest manifestujący chaos?
Kiedy myślałam, z której strony ugryźć ten tekst, znalazłam pojęcie manifesting chaos. A kiedy zaczęłam szukać w Google, co to oznacza i jak się to tłumaczy po polsku, wyskoczył mi cytat z mojego ukochanego serialu, Lokiego, który był mi bardzo bliski, kiedy szukałam swojego nowego, nienarcystycznego glorious purpose:
Wszechświat chce się wyzwolić, więc manifestuje chaos.
W serialu Loki wydarzenia dzieją się od linijki, zawsze tak samo, według porządku ustalonego według Strażników Czasu. Loki pojawia się jako ktoś, kto do tej rzeczywistości nie pasuje. Jest chaotyczny, nieprzewidywalny i jego losy wiecznie toczą się nie tak, jak powinny. Więc strażnicy odwiecznego porządku próbują go przyciąć. Literalnie.
Manifestują chaos to stan, w którym działanie nie wynika z gotowego planu, tylko z poruszenia w zastanej rzeczywistości. To może być poruszenie trudne do zdefiniowania – ot, coś się zadziewa (na przykład jakiś motyl pomachał skrzydełkami albo przypadkiem natknęłaś się na jakiś cytat) i nagle rzeczy wprawiają się w ruch.
Konspekt tego tekstu nie miał w planach Lokiego. Loki się wydarzył, a tekst tworzy się, zanim pomyślę, co będzie dalej. To ryzykowne, bo trudno mi to kontrolować, ale prawdziwe, bo w ten sposób powstaje coś, co ma duszę.
Na przykład cały biznes.
Dlaczego manifestujący chaos u mnie działa?
Tak naprawdę, cholera wie. Odkąd mam diagnozę, mogę to zrzucić na karb ADHD. Mogę powiedzieć, że jestem Manifestującym Generatorem i działam w odpowiedzi na sygnały.
Ale dorastałam jako dziecko dwojga nawiedzonych artystów, takich, co muszą tworzyć, albo się duszą. Mój ojciec tworzył, a matka się dusiła. W korporacjach. Mam pewne wzorce. I wiem, że z nich dwojga to ojciec wygrał życie marzeń.
No więc przyjmijmy, że chaos działa i już.
Tylko że to nie takie proste “i już”, kiedy cały świat mówi Ci, że masz wpisać cel do kalendarza i stworzyć harmonogram, według którego jutro o osiemnastej będziesz przez pół godziny pracować nad Wygrywkami.
Jak możesz odczuwać swój chaos?
Dla mnie to przypływ weny twórczej. Pojawia się impuls, więc siadam i robię. Do oporu. I jestem głęboko nieszczęśliwa, jeśli coś mnie wtedy ogranicza. Mam jakiś docelowy kierunek, ale rzeczy wydarzają się nie do końca tak, jak zaplanowałam – i są dobre, a nawet lepsze niż sobie wymyśliłam.
Minus jest taki, że wena nie przychodzi na zawołanie (a czekanie, aż zastanie mnie w pracy, się nie sprawdza), więc nie jestem w stanie wypuszczać newslettera co czwartek. To znaczy mogłabym coś tam napisać, ale wiedziałabyś, że to wymuszone.
Ty możesz mieć odczucie, że Twoje działania biznesowe są jak sny: najpierw są, a dopiero potem zaczynasz je rozumieć.
Możesz mieć „nadmiar” wewnętrznego życia i dlatego każda Twoja oferta czy publikacja przychodzi z innego miejsca.
Możesz czuć, że musisz coś wypuścić i jeszcze nie wiesz, dla kogo to jest, ale tworzysz produkt. Dopiero kiedy powstanie, zastanawiasz się, komu go sprzedasz – albo wysyłasz do Wszechświata intencję, żeby właściwy klient trafił do Ciebie sam.
Możesz odbierać swoją strategię działania jako coś, co istnienie, ale nie w Excelu, tylko w jakiejś przestrzeni – gdzie żyje swoim życiem i ewoluuje. Niekoniecznie według planów, które dla tej strategii przygotowałaś. (To trochę jak z dzieckiem).
Jak manifestujący chaos wygląda z zewnątrz?
Jak brak strategii czy planu. Rozproszenie (kiedy rozwijasz wielowątkowo kilka rzeczy). Nieodpowiedzialność. Lekkomyślność. Nierzetelność. Autosabotaż. Wiesz, masz harmonogram kampanii czy publikacji, ale coś się zadziewa i po prostu nie jesteś w stanie go realizować.
Jeśli pozwolisz sobie wmówić, że z tą nierzetelnością to prawda, zaczniesz mieć poczucie, że zawodzisz samą siebie. Bo obiecałaś sobie, że tym razem zrealizujesz te pięknie rozpisane plany w Clickupie czy Trello, ale znowu Ci nie wyszło. Nieważne, że w międzyczasie wypuściłaś trzy oferty.
Albo i nie wypuściłaś, bo jeśli dopuścisz do siebie takie oceny zbyt blisko, mogą Cię sparaliżować. Zgubisz swój rytm i będziesz tkwiła w zawieszeniu, wyrzucając sobie lenistwo.
To nie lenistwo. To brak pozwolenia na bycie sobą.
I, być może, brak iskry zapalnej. Manifestujący chaos nie zadziała bez iskry.
W jaki sposób manifestujący chaos jednak jest strategią?
Chaos chaosem, ale jakieś ramy działania wszystkie mamy. Przecież nie będziemy robić czegoś totalnie z nami niezgodnego. Tak naprawdę, w głębi serca, wiemy, czego pragniemy – i to jest nasza prawdziwa strategia.
U mnie ramy działania wyznaczają przede wszystkim wizje i intencje, a potem – istniejące już przestrzenie energetyczne.
Mam wizję społeczności. Od lat. Nie jest skonkretyzowana (konkrety nadałabym jej z głowy, a nie z serca), ale towarzyszy mi od tak dawna, że wiem, że potrzebuję społeczności. Zresztą jednym z moich dominujących archetypów finansowych jest Łączniczka.
Z kolei przed założeniem Telegramu miałam intencję stworzenia kameralnego miejsca, w którym przebywałyby osoby, które mnie czytają – czyli chciałam zrealizować tę wizję. Mam ambitne plany związane z pewną platformą kursowo-społecznościową w modelu SaaS, ale zanim zacznę opłacać subskrypcję, potrzebuję innej przestrzeni. Z taką intencją zaczęłam szukać rozwiązań i przyszedł do mnie Telegram jako coś, co jest bardziej anonimowe niż grupa na Facebooku (część moich czytelniczek z innych miejsc na pewno pragnęłaby zachować anonimowość). Pomyślałam “to może być to” i dałam Telegramowi szansę.
(Kto wie, może z planów z tą platformą nic nie wyjdzie).
Przestrzeniami energetycznymi są blog, newsletter i Telegram i to, co się na nich zadziewa. To, co się zadziewa, tworzy iskry zapalne i tor dla nowych działań. Perpetuum mobile – jeśli już się zacznie.
Dla kogoś innego ramą może być na przykład to, co u mnie nie działa – dzień tygodnia. Co piątek siadasz i coś piszesz albo nagrywasz. Nie wiesz, co to będzie, ale wiesz, że do tego usiądziesz i coś powstanie. I jeśli ta strategia się u Ciebie sprawdza, to też jest świetna!
Ale ale, ja działałam w ten sposób i się wypaliłam!
Tak – to ciemna strona manifestującego chaosu. Jeśli nie stawiasz sobie i innym granic i jesteś w niekończącym się flow, bez przerw na odpoczynek, spalisz się. Bo to już jest pracoholizm.
Sama, kiedy coś mnie poruszy, robię gigantyczne postępy w jeden dzień. Nie umiem pracować po dwie godziny dziennie, jeśli mam wenę do robienia rzeczy. W ten sposób jednego dnia mogę stworzyć dwie podstrony, skonfigurować grupę, napisać na niej posta, napisać dwa długie artykuły na bloga i jeszcze kilka rzeczy, które ktoś inny rozpisałby sobie w Excelu na tydzień. Ale potrzebuję odpoczywać. To wymaga docenienia odpoczynku, dania sobie prawa do niego.
Inną ciemną stroną jest odpowiedzialność. Jeżeli jeszcze nie zarabiasz na tym, co robisz, potrzebujesz czasami powiedzieć sobie “nie, teraz będę robiła to, co daje mi pieniądze, dzięki którym mam czas na rozwijanie swoich rzeczy”. Boli, ale czasami naprawdę musimy.
Możesz też stworzyć coś, czego nikt nie będzie chciał kupić. I to nie dlatego, że nie umiesz sprzedawać, tylko dlatego, że nikt tego nie potrzebuje.
Dlatego czasami możliwość prowadzenia biznesu w chaosie jest przywilejem.
Jak żyć w chaosie, ale się nie zgubić?
Aby żyć w chaosie i się nie zgubić, potrzebujesz czegoś innego niż strategia z Excela. Potrzebujesz kompasu. Nie planu dnia, tylko punktu orientacyjnego w wewnętrznej nawigacji. Takiego jak u Pocahontas.
To może być właśnie wizja, która Cię woła od dawna, chociaż nie wiesz jeszcze, jak wygląda w detalach. Może to być intencja, z którą siadasz do pisania albo projektowania oferty. Albo poczucie, że jakaś przestrzeń jest Twoja – nawet jeśli nie wiesz jeszcze, co z nią zrobić.
Chaos nie jest problemem, dopóki jesteś w kontakcie ze sobą. Jeśli słuchasz swojej duszy i wiesz, co Cię woła, rozgraniczasz to od wyuczonych schematów i zewnętrznej presji – jest dobrze. Jeśli słuchasz swojego ciała i wiesz, kiedy potrzebujesz odejść od komputera, napić się wody, pójść na spacer – jest dobrze. Pamiętaj, że nawet najbardziej twórczy chaos potrzebuje przerw.
Potrzebujesz też odróżniać flow od kompulsywnej autodestrukcji lub uciekania od rzeczywistości. Dlatego przydaje się prowadzenie pamiętnika, medytowanie lub inna czynność, która przybliża Cię do samej siebie.
Wreszcie, potrzebujesz odróżniać poruszenie od przymusu. Przymus płynie z głowy albo z otoczenia. Poruszenie jest głęboko w Tobie.
Chaos staje się strategią dopiero wtedy, kiedy umiesz siebie słuchać, zamiast porównywać się z tymi, co mają ładne planery.
Co by się zdarzyło, gdybyś uznała manifestujący chaos za OK?
Może przestałabyś siebie poprawiać i obdarzyłabyś siebie zaufaniem?
Albo zrzuciłabyś z siebie presję „muszę to jakoś dookreślić, zanim wypuszczę w świat” i zaczęła tworzyć, nie czekając na idealne logo, domenę ani klarowną niszę?
Przestała się bać, że jesteś „nieprofesjonalna”, i zaczęła uznawać, że jesteś żywa i autentyczna?
Może Twoja oferta powstałaby z poruszenia, a nie z porównywań z konkurencją i “bo tak się to robi w branży”?
Może ktoś trafiłby na Twoje słowa w najdziwniejszym momencie i pomyślał: właśnie tego teraz potrzebuję?
Zarobiłabyś pieniądze nie dlatego, że miałaś pięknie rozpisaną kampanię w Asanie, tylko dlatego, że poczułaś impuls i stworzyłaś coś prawdziwego?
Może nie miałabyś planu, ale odzyskałabyś siebie samą?
A to ostatnie jest – z tego wszystkiego – najważniejsze.
***
PS. Podobno dobrą książką w temacie jest Droga artysty Julii Cameron. Ja nie przebrnęłam przez pierwsze rozdziały, ale jeśli chcesz odzyskać dostęp do własnej kreatywności i nauczyć się działania z serca, a nie głowy – może się sprawdzić jako duchowe wsparcie.


